MAKARON KRAJANKANiedzielne obiady jadaliśmy u dziadków. Obowiązkowo o dwunastej, po mszy. I obowiązkowo dwudaniowy. Babcia szykowała się do tego obiadu nieco wcześniej - w sobotę rozbijała mięso na rolady, kulała kluski, a jeszcze wcześniej robiła makaron. I właśnie ten swojski, prawdziwy makaron utkwił mi w pamięci. Oma najpierw wyrabiała ciasto, potem cieniutko je wałkowała i całe płaty suszyła na ścierkach rozłożonych wszędzie, gdzie się dało: na tapczanach, kredensach, stołach. Pamiętam, że przeganiała nas potem z domu i nie mogliśmy się bawić w tych pokojach, gdzie były nudle, żeby przypadkiem nic nie połamać. Choć my i tak ukradkiem kosztowaliśmy tego specjału. Wysuszony makaron babcia kroiła na cieniutkie paseczki, które czekały już tylko na niedzielny obiad.
